TO NIE JEST TYPOWY BLOG Z PRZEPISAMI, BO SPECJALNIE NIE UMIEM GOTOWAĆ.
TO
NIE JEST TEŻ BLOG Z REGULARNYMI RECENZJAMI KULINARNYMI.
TO
JEST BLOG O TYM, ŻE JEM.

wtorek, 10 kwietnia 2012

nowojorskie początki

Pierwsza próba przygotowania zwykłego domowego posiłku w Nowym Jorku nie została uwieńczona sukcesem. A chodziło tylko o śniadanie, więc wydawało się, że sprawa jest prosta.

Współlokator okazał się do tego fotografem-amatorem
W tym mieście można zjeść WSZYSTKO o każdej porze dnia i nocy. Restauracje, kawiarnie, bary, tawerny, pizzerie, kafejki, delikatesy (zwane deli - czyli miejsca z kanapkami), budki z hot-dogami czy kebabami, stoiska z gorącymi kasztanami - wszystko to zaludnia nowojorskie ulice i aleje wzdłuż i wszerz. Można by przejeść całe życie - i o tym będzie tu pewnie jeszcze nie raz. Problem zaczyna się jednak, kiedy chce się coś ugotować samemu. Pierwszą próbę podjęłam w zasadzie dwa dni temu, kiedy postanowiłam zrobić obiad dla siebie i mojego nowego współlokatora w ramach zacieśniania mieszkaniowych więzi. Współlokator jest mięsożernym Brazylijczykiem, ale był bardzo kontent jedząc fettucine z brokułami w sosie śmietanowym z serem z niebieską pleśnią i prażonym słonecznikiem. I niby wszystko było w porządku, fettucine włoskie i odpowiednio al dente, brokuły jak brokuły (udało mi się ich nie rozgotować) i słonecznik też tez sam w każdym miejscu pod słońcem - tylko ze śmietaną było moim zdaniem coś nie tak. Spędziłam wcześniej długie godziny w supermarkecie robiąc zakupy spożywcze, bo trzeba było przeczytać każdą jedną etykietę, żeby się dowiedzieć co właściwie jest co (nie zdawałam sobie wcześniej  sprawy z komfortu kupowania w sklepach, kiedy bezrefleksyjnie wrzuca sie rzeczy do koszyka bo zwyczajnie wiadomo które opakowanie co kryje - i to doświadczenie wspólne, mam wrażenie, całej Europie: Polka robiąca zakupy w Berlinie czy Londynie, czy nawet Madrycie, nie czuje się nawet w połowie tak zagubiona jak między półkami w amerykańskim sklepie, gdzie nie ma prawie żadnych znajomych marek). Najwięcej czasu zajęła mi lodówka z nabiałem, gdzie nijak nie da się wywnioskować która śmietana/śmietanka jest która. Opakowania uprzejmie informują, że jest tłusta ("full"), albo mniej tłusta ("reduced") albo pół na pół ("half-half") i zorientuj się która ma 36%, a która 12%, nie wspominając o tym wszystkim, co pomiędzy (szczególnie nie potrafię zrozumieć tego half-half, które w składzie ma tyle przedziwnych rzeczy poza mlekiem, że naprawdę nie chcę wiedzieć, co oznacza ta tytułowa druga połowa). Sprytnemu gospodarzowi domowemu wydawałoby się, że wystarczy sprawdzić opakowanie śmietanek na zawartość tłuszczu, wyświetlaną najczęściej pośród wszelkich wartości odżywczych - a tu klops! Tabelka co prawda jest, ale oddaje ilość tłuszczu w gramach dla jednej porcji wyznaczonej arbitralnie jako łyżka (w mililitrach) a opakowanie oznakowane jest w uncjach bądź galonach. NIE ŻARTUJĘ! Trzeba być geniuszem, albo spędzić przed lodówką dłuższy czas szukając przeliczników w internecie i jeszcze potem obliczać jaki procent opakowania stanowi ta opisywana łyżka. Jako, że nie jestem ani tym pierwszym, ani nie miałam ochoty na to drugie, kupiłam śmietanke z "mniejszą" ilością tłuszczu licząc, że trafię na osiemnastkę, albo coś w okolicy - czyli do śmietanowego sosu akurat. Czy była to osiemnastka, do tej pory nie wiem. Smakowała jakoś tak... tłusto w inny sposób, taki bardziej oleisty, jakby nie był to do końca tłuszcz z mleka. Ale czy się kiedyś w ogóle dowiem? Chyba pozostaje metoda prób i błędów...   

Także po względnym sukcesie piątkowej kolacji przyszła pora na śniadanie. Nie bylejakie, bo wielkanocne, zjedzone co prawda w samotności kiedy rodzina w Poznaniu już ucinała sobie poobiednią drzemkę - ale jednak: wielkanocne, więc nawet przy minimalnym programie - jajka muszą być. Podarowałam sobie z oczywistych względów białą kiełbasę (to ciekawe, ze właśnie ta kiełbasa przyszła mi do głowy kiedy zaraz po przebudzeniu myślałam sobie o typowym wielkanocnym sniadaniu, mimo, że nie jadłam jej od 10 lat). Podarowałam sobie sos tatarski, bo musiałabym chyba wyprawić się na greenpoint w poszukiwaniu ogórków kiszonych (choć to pozostaje do sprawdzenia). Podarowałam sobie pasztet (moja babcia robi zawsze na święta najlepszy na świecie pasztet z selera) oraz mazurki. Miały być tylko jajka z majonezem, chleb z masłem i na dodatek mini-sałatka z pomidorów. Wydawałoby się, że to żadne gotowanie (bo żadne) i żadne przygotowywanie (to też prawda). No i co?

chleb - kupiłam we włoskiej piekarni z przeróżnymi bochenkami wyglądającymi pięknie z wystawy.
co z tego. mimo, że pełnoziarnisty - i tak był pusty w środku i gąbkowaty, jak wszystkie inne tutaj. Eh!

masło - dobrze, że nabyłam "niesłone" bo było słone akurat w sam raz. niedobrze, że nabyłam "whipped", cokolwiek by to nie znaczyło, bo zrobili z nim coś dziwnego przed włożeniem do opakowania. nie polecam

majonez - no i tu się zaczyna historia nie do opowiedzenia. miłośnik prawdziwego majonezu może tylko westchnąć nad tym, co nazywa się zbyt dumnie "Hellmann's REAL". Wyprawa na Greenpoint po Winiary będzie nieodzowna.

i tylko jajka - jak to jajka.

Zakończyłam śniadanie mało kontenta. Czas zacząć w Niu Jorku poważny jedzeniowy risercz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz