Byłam i jadłam.
A nawet obierałam, kroiłam, płukałam, mieszałam.
Kreacja w tym czasie czarowała.
A wyczarowała tak:
http://kreacjawkuchni.blogspot.com/2011/10/kokoko-kokosowe-kurki-love.html
TO NIE JEST TYPOWY BLOG Z PRZEPISAMI, BO SPECJALNIE NIE UMIEM GOTOWAĆ.
TO NIE JEST TEŻ BLOG Z REGULARNYMI RECENZJAMI KULINARNYMI.
TO JEST BLOG O TYM, ŻE JEM.
TO NIE JEST TEŻ BLOG Z REGULARNYMI RECENZJAMI KULINARNYMI.
TO JEST BLOG O TYM, ŻE JEM.
wtorek, 1 listopada 2011
poniedziałek, 24 października 2011
Tęsknota do makaronu
Po powrocie z Turcji napadła mnie ogromna ochota znajomych smaków. Przez dwa tygodnie jadłam zupełnie pyszne i niesamowite rzeczy i ani przez chwilę nie myślałam czy to o ogórkach kiszonych czy pierogach, ani nawet polskim chlebie z masłem. Ale kiedy wróciłam to natychmiast, natychmiast zapragnęłam tego wszystkiego, co kojarzy mi się z domem.
Zaczęłam od makaronu. Nie wiem kiedy ostatnio miałam aż dwutygodniową przerwę w jego jedzeniu! Niby nie kojarzący się w oczywisty sposób z Polską - makaron jest tak naprawdę daniem goszczącym w tym kraju wyjątkowo często: i w menu wegetarian, i menu studentów, i tych często jedzących na mieście... Nie znam nikogo kto nie lubiłby makaronu. Więc po powrocie oczywista była pierwsza myśl, kiedy przyszło ugotować obiad dla całej rodziny. A było to tak:
słoiczek (duży) kaparów
oliwa z oliwek
świeża bazylia z ogrodu mamy
parmezan albo inny twardy ser tego typu
Zaczynam zawsze od podsmażenia czosnku i cebuli na oliwie. A dalej rzecz jest oczywista: trochę wre, trochę pryska pomarańczowym sosem na sukienkę, alan w tym czasie ściera parmezan, trzeba jeszcze wyskoczyć do ogrodu narwać bazylii (trzeba pamiętać, żeby bazylią posypać na samym samym końcu, tzn na talerzu, bo ugotowana traci aromat).
A potem jemy.
Babcia była zachwycona.
Zaczęłam od makaronu. Nie wiem kiedy ostatnio miałam aż dwutygodniową przerwę w jego jedzeniu! Niby nie kojarzący się w oczywisty sposób z Polską - makaron jest tak naprawdę daniem goszczącym w tym kraju wyjątkowo często: i w menu wegetarian, i menu studentów, i tych często jedzących na mieście... Nie znam nikogo kto nie lubiłby makaronu. Więc po powrocie oczywista była pierwsza myśl, kiedy przyszło ugotować obiad dla całej rodziny. A było to tak:
PENNE W SOSIE POMIDOROWYM Z KAPARAMI
dla 6 osób
2 opakowania (czyli 1kg) penne pełnoziarnistego lubella (absolutnie najlepsze na świecie!)
2-3 czerwone cebule (były tak soczyste, że płakałam jak głupia)
3 ząbki czosnku
3 puszki pomidorów, krojonych najlepiej - albo pomidory świeże, ale to mocno wydłuża cały processłoiczek (duży) kaparów
oliwa z oliwek
świeża bazylia z ogrodu mamy
parmezan albo inny twardy ser tego typu
Zaczynam zawsze od podsmażenia czosnku i cebuli na oliwie. A dalej rzecz jest oczywista: trochę wre, trochę pryska pomarańczowym sosem na sukienkę, alan w tym czasie ściera parmezan, trzeba jeszcze wyskoczyć do ogrodu narwać bazylii (trzeba pamiętać, żeby bazylią posypać na samym samym końcu, tzn na talerzu, bo ugotowana traci aromat).
A potem jemy.
Babcia była zachwycona.
sobota, 1 października 2011
Na ulicy w Stambule
| sprzedawcy gotowanej kukurydzy przy przystani Eminönü |
Stambulczycy jedzą na ulicy. Namiętnie. Może zresztą namiętność ta jest tym większa, że się na ulicy nie całują. Choć w stolicy Turcji nie czuje się ani trochę ducha muzułmanizmu (no, może poza śpiewami Muezzinów, wzywającymi pięć razy dziennie do modlitwy swoim pięknym, wibrującym śpiewem - ale śpiewy te tak zlewają się z ulicznym gwarem, że stają raczej częścią fonicznego krajobrazu niż faktyczną odezwą zachęcającą do czegokolwiek) - to znaczy, nikt nie kryje się np. z publicznym piciem alkoholu, a kobiety częściej można zobaczyć ubrane nader skąpo niż w chustkach na głowach - to jednak nie można dostrzec na ulicy całujących się par. W tym kraju uznaje się to za nieobyczajne, czy może zwyczajnie niesmaczne, szczególnie na prowincji, choć - jak się przekonaliśmy, ofuknięci przez całkiem młodego gościa na jednym z dworców autobusowych - także w całkiem sporych miastach zachodniej Turcji. Może to, że nie udało się dostrzec pocałunków na ulicach Stambułu było też zupełnym przypadkiem - choć w mieście tym, w którym mieszka 16 milionów ludzi, ma się wrażenie, że wszyscy na raz postanowili właśnie wyleźć z domu, więc potencjalnych, a niedoszłych całujących widzieliśmy przez te kilka dni dość sporo. Za to publicznie i bardzo aktywnie jedzących - tłumy.
| sprzedawca portakal i nar suyu przy Karaköy |
I nie chodzi nawet o uliczne knajpki, o stoliki wystawiane z kafejek na chodniki, ale właśnie o dosłowne: jedzenie na ulicy. Czyli jedzenie w biegu, kiedy się dokądś idzie, ewentualnie zatrzymuje na chwilę i przysiada na ławce, bądź stoi opierając o mur, żeby obgryźć tę kupioną za 1 lira (1,60zł) kolbę gorącej, gotowanej albo grillowanej, kukurydzy. Kiedy się przechodzi przez most Galata i między jednym brzegiem a drugim wsuwa koefte w bułce kupione od panów z wózkami, na których grilluje się mięso, a obok rusztu leżą wielokolorowe papryki i poszatkowana już sałata. Albo kiedy się w pobliżu wielkiego bazaaru, na placu Beyazit, gdzie przed meczetem lokalni mężczyźni sprzedają niewiele warte starocie, dostaje za lira pilav: gorący ryż z dodatkiem cieciorki, nakładany na plastikowy talerz z oszklonego wagonika (podobnego do tych, które na polskich festynach używa się do popcornu), do którego szklanych ścianek ściśle przylega biały stos gotowanego ryżu, równo przedzielany cieńszymi pasami beżowej ciecierzycy. Za dodatkowego lira można poprosić do tego kilka drobnych kawałków gotowanej piersi kurczaka. No i wszędzie, dosłownie wszędzie - czy to na ruchliwej ulicy czy na placu przed uniwersytetem; od pana z baru z kebabem, z kiosku z gazetami czy prosto ze stolika tylko w tym celu ustawionego na chodniku - można dostać portakal suyu, czyli sok pomarańczowy, wyciśnięty każdorazowo na zamówienie, czasami przez nieco zbyt brudne męskie ręce.
| Osmanli Macunu |
A do tego są słodycze. Obowiązkowo lepkie. W Turcji nawet lody są lepkie, i to nie tak jak zwykle - jak słodkie mleko - ale lepkie jak karmel, jak twarde landrynki. Bardziej niż zwykłych lodów mają konsystencję raczej zimnej krówki ciągutki, a lodziarze nieustannie ubijają je w wystawionych na ulicę ladach długimi metalowymi drągami, często zresztą wyciągając z nich cały ogromny kłąb takiego loda (o dziwo trzymający jeden w miarę zwarty kulisty kształt) i obracają nim na tych drągach ponad ladami, a czasem i swoimi głowami, ku uciesze patrzących dzieci. Inną lepką i gęstą cukierkową pastą jest Osmanli Macunu: występuje w wielu kolorach i z każdego trochę nakłada się zamawiającemu na patyk tworząc tym samym tęczowego lizaka. Wygląda ciekawie, ale też okrutnie słodko.
No i oczywiście, na szczycie tego całego stambulskiego ulicznego jedzenia jest Balik Ekmek... A o tym niżej.
niedziela, 25 września 2011
Balik Ekmek - czyli Ryba Chleb
Z cyklu "jedzenie w Stambule"
Balik Ekmek jest wynalazkiem stambulskim, nie można go dostać w żadnej innej części Turcji. Nie wiem nawet czy można go znaleźć gdziekolwiek indziej niż przy stambulskim nadbrzeżu Eminönü, przy moście Galata łączącym ze sobą dwie europejskie części miasta: tę starszą, bardziej historyczną i turystyczną (z okolicą Sultanahmet i pałacem Topkapi na czele) oraz tę współczesną, wielkomiejską i nie różniącą się - jeśli oceniać po charakterze głównego spacerowo-zakupowego deptaku okolicy o nazwie Beyoglu- od innych kosmopolitycznych europejskich miast. Na moście stoją po obu jego stronach, w długich rzędach wędkarze, najczęściej mężczyźni, pochyleni nad swoimi wędkami przerzuconymi na drugą stronę i sięgającymi głęboko w dół, aż do tafli wody. Łowią ryby, które pewnie sprzedają potem smażącym je i wkładającym w chleb wraz z plastrami cebuli i sałatą sprzedawcom Balik Ekmek. A może łowią je dla siebie? Nie było jak tego ustalić. Wzdłuż utworzonego przez nich równego rzędu tłoczą się jeszcze inni sprzedawcy ulicznego jedzenia, a także okazjonalnie sprzedawcy rybich zanęt i innych tego typu wędkarskich gadżetów.Wszędzie tłoczno i wrze, a przed mostem, przy przystani najwięcej osób tłoczy się przy budce-straganie, pełnym smażących się ryb, niedaleko którego jest kilka ławek, przy krótych stoją jeszcze butelki z sokiem z cytryny i ogromne solniczki - ławek nieustannie zajętych przez pochłaniających rybę w chlebie.
Balik Ekmek to mieszanka smaków bardzo podstawowych: białego chleba, niedoprawionego mięsa ryby, ostrej cebuli i ledwo wyczuwalnej sałaty plus soli i soku z cytryny. Wszystko to miesza się dopiero między językiem z podniebieniem. A potem pluje się ostentacyjnie na chodnik oścmi i kosteczkami, albo - na odwrót - cichaczem wyciąga je z ust i wyrzuca do kosza. I idzie się dalej.
środa, 27 lipca 2011
z cyklu Berlińskie Śniadania
Uwielbiam jeść śniadania na mieście. Czy, jak to mówią gdzie indziej, eat-out.
Kiedy mieszka się na Neukoelln, trudno nawet nazwać wyjście na takie śniadanie poza dom wyjściem "na miasto", bo za każdą przecznicą - czy to na Reuterstrasse czy Friedelstrasse - czy nawet jeśli nie skręcamy, a poczynimy ledwie kilkanaście kroków od domu po prostej ulicy Sonnenallee - zaraz znajdzie się jakaś turecka piekarnia albo alternatywna kawiarnia serwująca śniadania. Często także po upłynięciu pory dnia ogólnie uznawanej za przyzwoitą dla tego typu posiłku...
Na zdjęciu śniadanie z Cafe Mervil na Weserstrasse 208 (przy Reuterplatz), naszej zdecydowanie ulubionej piekarni w okolicy Sonnenallee/Reuterstrasse. Odkąd okolica w ciągu ostatniego roku zrobiła się wyjątkowo hip, śniadania skoczyły niestety z 2,10 eur (!!! - to cena Fahrkarte AB) do 4 euro. Ale kiedy poprosi się miłą Panią właścicielkę - drobną, krótko ściętą i energiczną niemiecką Turczynkę - to czasem zgadza się podać jeszcze wersję sprzed zmiany menu. Ich rogaliki francuskie są NAJLEPSZE na świecie. Ostatnio mają też czynne wieczorami/nocą w weekendy, więc można wracając z imprezy uraczyć się choćby niezłymi goezleme.
Kiedy mieszka się na Neukoelln, trudno nawet nazwać wyjście na takie śniadanie poza dom wyjściem "na miasto", bo za każdą przecznicą - czy to na Reuterstrasse czy Friedelstrasse - czy nawet jeśli nie skręcamy, a poczynimy ledwie kilkanaście kroków od domu po prostej ulicy Sonnenallee - zaraz znajdzie się jakaś turecka piekarnia albo alternatywna kawiarnia serwująca śniadania. Często także po upłynięciu pory dnia ogólnie uznawanej za przyzwoitą dla tego typu posiłku...
Na zdjęciu śniadanie z Cafe Mervil na Weserstrasse 208 (przy Reuterplatz), naszej zdecydowanie ulubionej piekarni w okolicy Sonnenallee/Reuterstrasse. Odkąd okolica w ciągu ostatniego roku zrobiła się wyjątkowo hip, śniadania skoczyły niestety z 2,10 eur (!!! - to cena Fahrkarte AB) do 4 euro. Ale kiedy poprosi się miłą Panią właścicielkę - drobną, krótko ściętą i energiczną niemiecką Turczynkę - to czasem zgadza się podać jeszcze wersję sprzed zmiany menu. Ich rogaliki francuskie są NAJLEPSZE na świecie. Ostatnio mają też czynne wieczorami/nocą w weekendy, więc można wracając z imprezy uraczyć się choćby niezłymi goezleme.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

