TO NIE JEST TYPOWY BLOG Z PRZEPISAMI, BO SPECJALNIE NIE UMIEM GOTOWAĆ.
TO
NIE JEST TEŻ BLOG Z REGULARNYMI RECENZJAMI KULINARNYMI.
TO
JEST BLOG O TYM, ŻE JEM.

wtorek, 2 listopada 2010

wyjątkowo niedobry omlet

Jadłam ostatnio wyjątkowo niedobry omlet. Taki omlet to naprawdę może człowiekowi popsuć humor. Mi na szczęście nie popsuł, bo miałam akurat wyjątkowo udany dzień, w dodatku zakupiłam właśnie książkę, na którą się nie mogłam już od dawna doczekać, więc siedziałam sobie tak w oczekiwaniu na jedzenie przerzucając jej pierwsze strony i humoru nie zepsuło mi nawet, że czekałam 35minut podczas gdy lokal był pusty. A szkoda w ogóle tym większa, że to miejsce, które poza tym lubię - tuż naprzeciw biblioteki uniwersyteckiej, z pomysłem na tożsamość marketingową, owsianką od rana i niedrogimi kanapkami o zabawnych nazwach (http://www.canappka.pl/)

O omlecie, który tam tym razem dostała w zasadzie szkoda gadać. Miał być z serem i brokułami, no i był  - z kosteczkami żółtego sera, które nawet się nie roztopiły (!) i kawałkami mdłych rozgotowanych brokułów - całość wetknięta w środek, jak w naleśnik, i bez smaku kompletnie, nawet nie posolone. Żałość, po prostu żałość! Ledwie byłam w stanie to przełknąć, bo jakby tej biedy na moim talerzu było mało to do omleta grał mi Robert Gawliński swoją "Baśkę". Wył tak okrutnie, fałszował tak strasznie, że zaczęłam się zastanawiać czy to możliwe, że nigdy wczesniej nie zauważyłam, że nie tylko ta piosenka jest beznadziejna, nie tylko, że człowiek nie ma kompletnie głosu, ale też słuchu nie mają Ci, którzy rzecz nagrali i wyprodukowali w tysiącach egzemplarzy. Na szczęście okazało się, że z producentami muzyki w Polsce nie jest tak żle, jak z moim omletem - piosenka okazała się być wersją koncertową, na której za wycie Gawlińskiego nie mógł być odpowiedzialny nikt inny niż on sam. Kto jednak był odpowiedzialny za mój koszmarny omlet, którego musiałam potem odchorowywać zwiększoną dawką czytanki o rzeźbie w marmurze???

Nie chciałabym Was, drodzy czytelnicy, katować - ale posłuchajcie tego choć przez pierwszą minutę (dłużej się nie da) i wyobraźcie sobie jak człowiekowi musi być źle jeśli do tego jeszcze je niedobry omlet.



A ponieważ temat dzisiaj jest przykry ze wszechmiar, dodaję do tego w gratisie doskonały film z doskonałą Julią Child robiącą omlet doskonały:

(uwielbiam nonszalancję, z jaką Julia wyrzuca niepotrzebną patelnię w 2 minucie!)

czwartek, 7 października 2010

ziemniaki cebula kapusta (pean na cześć)

Jadłam dzisiaj obiad nigdzie indziej, a w barze "Euruś" przy Głogowskiej. Nazwałabym go "barem mleczym", ale - jak się okazuje - nie ma nic takiego w nazwie. Jest po prostu "bar", choć na ciśnące się na usta określenie "mleczny" wskazuje zarówno specyficzne dla tego typu lokali wystrój z menu wywieszonym na ścianie i ofertą jakiegoś obowiązkowego taniego "zestawu studenckiego" jak i - równie specyficzne - pracujące tam panie z farbowanymi trwałymi w białych gastronomicznych kitelkach (uszytych z jakiejś podłej prześwitującej podszewki), które najpierw kasują a potem "wydają" obiady z obowiązkowym "cośtam-cośtam proszę odebrać!", które rozlega się po całej sali tak, że aż trudno uwierzyć, że nie robią tego z innego powodu niż by dodać teatralności całemu temu spektaklowi odbywającemu się dookoła "schabowego", "ruskich" oraz "naleśników z truskawką".


Poszłam do baru "Euruś" (swoją drogą - czy to nie urocza nazwa?) - nie ukrywam - bo miałam po drodze, i chciałam zjeść tanio. A skoro już tam dotarłam - to poszłam na całego: zamówiłam "kopytka z tłuszczem i gotowaną kapustą". UWIELBIAM określenie "z tłuszczem" - jest takie bezpośrednie i znaczące. Bo to nie masło rozpływające się na twoich ziemniakach (czy jakichkolwiek innych ciepłych węglowodanach) o nie! Opcja "z masłem" figuruje na wiszącym na ścianie menu w innym miejscu, a podana obok liczba PLN też znacznie różni się od tej pierwszej. "Z tłuszczem" nie oznacza też "ze skwarkami" albo "z boczkiem" - te opcje to znowu co innego, bo choćby boczku miałby w nich być jeden niewielki kawałeczek, to nazwa wskazuje, iż na kopytkach, ziemniakach czy kluskach rozlewa się jakiś tłuszcz zwierzęcy (w środowisku baromlecznym oznacza to to samo, co "lepszy"). "Z tłuszczem" oznacza dokładnie to, co oznacza - że rzecz jest tłusta. A jej nieszlachetne pochodzenie z jakiejś "Palmy do smażenia", albo (jak dobrze pójdzie) oleju rzepakowego, jest tyleż ukrywane co nieistotne. Równie nieistotna w baromlecznej nomenklaturze jest obecność cebulki w tymże tłuszczu, co jednak dla polskiego wegetarianina, który tęskni czasem (choć głośno nigdy ale to nigdy się nie przyzna) za słonym, tłustym i chrupiącym boczkiem na swoich kluskach - jest rzeczą kluczową. To właśnie dla tej cebulki w moim "tłuszczu" zamówiłam dzisiaj kopytka. Do tego, tak na wszelki wypadek, żeby nie zapchać się samym tylko węglowodanem, domówiłam jeszcze jednego kotlecika sojowego ("jednego? pół porcji? bez sosu? na tym samym talerzu?")

Jak się okazało - wykazałam się daleko idącą ignorancją. Bo co były za kopytka! Oh jak mi było dobrze! Nie za twarde, nie za miękkie, czyli miło się gryzące, a do tego z absolutnie idealną równowagą pomiędzy ziemniakami a twarogiem. No i gotowana kapusta kiszona do tego - nie za pieprzna, nie za kwaśna, też w sam raz. Nie wiem czy to ta nadchodząca zima tysiąclecia (już zresztą druga w naszym trwającym jak na razie 10 lat tysiącleciu), ale jedząc to miałam wrażenie, że niczego nie potrzeba człowiekowi do szczęścia więcej niż ziemniaków, cebuli i kapusty. Co tam hummusy! Co tam halloumi! To wszystko dobre tylko na turecki upał albo cypryjskie plaże! A u nas - do kożucha i do wódki, na nieprzejezdne drogi i pluchę i słotę -tylko i wyłącznie twaróg, ziemniak, gorąca kapusta. Bo ile różnych rzeczy może z tego powstać! Kopytka, kluski, zapiekanki, bigosy, "rozcieroki"... hmy, czego dusza zapragnie!

A to wszystko koniecznie, bezapelacyjnie i zawsze - "z tłuszczem".

poniedziałek, 27 września 2010

Kanapki z saletrą, czyli Berlin-Warszawa Express


- Ale no Pani, no jak tak można, jaka zawistna musiała być taka kobieta, a jaka podła!
- Ale gdzie sumienie, gdzie sumienie człowieka. Tak swojego własnego męża, on się pewnie nie spodziewał, zaufanie miał.
- No mówię Pani, jakie to rzeczy kładą do tych wędlin w tej Polsce, jak ona saletrą spożywczą, taką samą przecież, mu kanapki z szynką do pracy posypywała!
- A on się nie zorientował wcale? to smaku nie poczuł?
- No się nie zorientował, bo to smak to przecież taki sam ma. Coś tak koledzy z pracy potem mówili - bo się ona potem na rozprawie przyznała i do więzienia na dożywocie poszła - że on nudności po tych kanapkach miał. Tak mu po troszeczku dosypywała.
- No ale to odszkodowanie to dostała.
- No dostała, Pani, sześćset tysięcy złotych, bo on górnikiem był! No i te długi swoje wszystkie to spłaciła, co wcześniej narobiła. A syn też nic nie pomógł, nie powiedział.
- No widzi to Pani, jakie to ludzie po tym świecie chodzą.

sobota, 25 września 2010

poznańskie plyndze, ale w stolicy


Placek ziemniaczany
sos kaparowy na śmietanie
łosoś wędzony
rukola

zestaw nie-oczywisty
ale jak celowy!

tylko na pierwszy rzut oka się nie rymuje

Jadłam
z proszącą o odnotowanie jej obecności towarzyszką
pomysłodawczynią 

Toteż odnotowuję

wtorek, 17 sierpnia 2010

Königsberge Klopse (vel kapitan Kant Klops)


Nieopatrznie powiedziałam wczoraj mojemu alanowi, że mam ochotę gotować, więc ugotuję mu po powrocie ze szkoły na cokolwiek będzie miał ochotę. Nieopatrznie, bo podczas, kiedy wracając zastanawiałam się nad zupą brokułową albo francuską kiszą - alan natychmiast gdy weszłam do domu zakomunikował mi, że chce Königsberge Klopse, czyli klopsy królewieckie, swoje ULUBIONE niemieckie danie, którego smak pamięta jeszcze z przedszkola. Te klopsy zresztą są jednym z powodów, (jeśli w ogóle nie podstawowym powodem) dla którego (jak się przy okazji dowiedziałam) alan nie może być całkowitym wegetarianinem - jego niemiecka dusza pragnie bowiem od czasu do czasu königsberskiego klopsa, czyli kulki z mielonego mięsa pływającej w kaparowym sosie. Najlepiej w liczbie mnogiej, i z dodatkiem ziemniaków. Choć znam alana od kilku lat, to o tym jego "ulubionym" daniu usłyszałam po raz pierwszy dopiero dwa tygodnie temu, kiedy zastanawialiśmy się co moglibyśmy przyrządzić na obiad znajomej Hindusce odwiedzającej Berlin, którą chcielibyśmy móc przekonać, ze wegetarianizm nie jest przeszkodą w spróbowaniu tradycyjnej niemieckiej kuchni (mimo, że doskonale wiemy, że jest). Jedyne co mnie przyszło do głowy to Zwiebelkuchen (ciasto cebulowe) w wersji bez boczku - takie, jakie jadałam zeszłego lata w Weimarze, w tradycyjnej niemieckiej "Weinstube", w której serwowano co prawda starą niemiecką, czytaj: bardzo mięsną, kuchnię w oryginalnych starych i równie niemieckich wnętrzach, ale równocześnie której właścicielką była wegetarianka - przeprowadzająca w związku z tym na swej narodowej kulinarnej tradycji różne eksperymenty (szczególnie, jeśli się ją o to poprosiło). Jej Zwiebelkuchen było prze-pysz-ne i już od dawna zbierałam się, żeby spróbować je powtórzyć. Alan natomiast oponował, bo przypomniało mu się przy tej okazji, że słyszał gdzieś, że można zrobić wegetariańską wersję Königsberge Klopse. Cały smak tego dania ma z zasadzie pochodzić z kaparowego sosu, więc zamiana mięsa na jakiś substytut nie powinna robić różnicy - tłumaczył mi alan, szczerze zaskoczony, że ja nie tylko nie jadłam nigdy niczego takiego, nigdy nawet o tym daniu nie słyszałam! Wydawałoby się, że skoro dzielimy z Niemcami zamiłowanie do golonek i kapusty kiszonej to powinny nas również łączyć klopsy z naszego wspólnego - jakby nie było - Królewca. Ja byłam z kolei zaskoczona, że składnikiem takiego starego, tradycyjnego są dania kapary - bo o ile dobrze pamiętam, to na moim stole  kapary zagościły po raz pierwszy jakies 10, maksymalnie 12 lat temu, jakoś więc mi z moją świadomością historyczną nie grała ich obecność na talerzu Immanuela Kanta. 

Stanęło na alana, zrobiliśmy wczoraj te klopsy. Roboty było co niemiara, trwało to wszystko chyba ze 3 godziny, umęczyliśmy się strasznie, bo przy naszym podziale obowiązków i doświadczeń rzecz była mocno wątpliwa (ja mam jako taką wprawę w gotowaniu, ale to alan kiedyś to jadł - nie na odwrót). Naprawde nie wierzylam, że nam się to uda, bo korzystaliśmy równocześnie z dwóch przepisów - na oryginalne mięsne klopsy i na wegetariański ersatz, robiony jednak przy użyciu jakiejś przedziwnej kaszy, podczas gdy my korzystaliśmy z granulatu sojowego - wykorzystywane w dość dowolny sposób. W dodatku jakoś nie mogłam uwierzyć, że kleista papka z sojowego granulatu z jajkiem i mąką nie rozwali się natychmiast po włożeniu do gorącej wody - ale żeby to wyjasnić chyba potrzebny jest przepis. A zatem:

PRZEPIS NA KLOPSY KRÓLEWIECKIE W WERSJI WEGETARIAŃSKIEJ

rzecz składa się z: 
1. ersatzu mięsa, który formuje się w kulki i gotuje w wodzie
2. sosu - bezmięsnego również w oryginale
3. gotowanych ziemniaków - jako dodatku

1. 
- Gotujemy ok. 150 gram granulatu sojowego w bulionie. Odstawiamy do całkowitego ostygnięcia.
- drobno pokrojoną cebulę (1) podsmażamy na maśle i też studzimy.
- mieszamy granulat z cebulką, 2 jajkami, 5 łyżkami mąki (lub więcej, w zależności od konsystencji) zmiażdżonym ząbkiem czosnku, 4 łyżeczkami majeranku, solą i pieprzem. Można też dodać gałkę muszkatołową i/lub czerwoną paprykę.
- z lepiącej się masy formujemy dość duże kulki i gotujemy ok. 10min w wodzie
2. 
- robimy zasmażkę z masła i mąki (po 50 gram)
- dolewamy szklankę bulionu warzywnego, szklankę białego wina i kilka łyżek słodkiej śmietanki
- na końcu wrzucamy słoiczek kaparów.

1 + 2 + 3  = TA-DA!

Nie jest to rzecz, którą plasowałabym w pierwszej dziesiątce najlepszych dań, które jadłam w życiu - ogólnie nie jestem fanką substytów mięsa i wszystkiego, co ma smakować "tak jak" - ale alan umierał z zadowolenia. Jego spojrzenia pełne miłości i zachwytu rzucane znad talerza pełnego klopsów sprawiły, że poczułam się przez chwilę jak tradycyjna, dobra żona. (Ale tylko przez chwilę, na szczęście).