TO NIE JEST TYPOWY BLOG Z PRZEPISAMI, BO SPECJALNIE NIE UMIEM GOTOWAĆ.
TO
NIE JEST TEŻ BLOG Z REGULARNYMI RECENZJAMI KULINARNYMI.
TO
JEST BLOG O TYM, ŻE JEM.

wtorek, 5 lipca 2011

Opener Food 2011

Odkryliśmy niedawno świetne gotowe hinduskie dania: różnorodne wegetariańskie potrawy czy to z cieciorki (jak Chana Masala) czy hinduskiego sera i szpinaku (Palak Panir), całkowicie gotowe do zjedzenia i pakowane próżniowo = bez konserwantów. Wystarczy rzecz zakupić u Pana Hindusa na Sonnenallee za 2 euro, podgrzać (w mikrofali czy w wodzie) i zjeść. Byliśmy z siebie bardzo dumni, kiedy wykorzystaliśmy to odkrycie podczas wyprawy na tegorocznego Openera - podczas gdy wszyscy zajadali zapiekanki, pizze, albo ewentualnie jakieś ociekające tłuszczem sajgonki (choć trzeba przyznać, że wyboru - też wegetariańskiego żarcia - było w tym roku sporo) myśmy raczyli się naprawdę dobrym obiadkiem. Aż trudno uwierzyć, że to jest  - jakby nie było danie z torebki - aż takie smaczne.
Jedyny problem: opakowanie waży. W końcu rzecz jest gotowa, więc zanim się zje trzeba nieść ze sobą dokładnie tyle gramów, ile potem zląduje na talerzu. Więc w większej ilości na biwak nie da rady.


Ciekawam, czy można to dostać w Polsce. Bo jak na razie przywożę z Berlina mojej mamie, która z wielką chęcią zabiera ze sobą do pracy.

niedziela, 26 czerwca 2011

Tabboulleh / Tabule

Wybierałam się wczoraj na przyjęcie w ogrodzie i zamiast robić kolejną standardową sałatkę z majonezem postanowiłam tym razem zabrać ze sobą ekwipunek w wersji arabskiej: mój ulubiony jak najbardziej hummus i tabule. 


(Prawda jest taka, że hummus zrobiłam sobie już poprzedniego dnia, bo miałam na niego ogromną ochotę - ale ponieważ wyszło go bardzo dużo, do towarzystwa tabule było jak znalazł).

Nie ukrywam, że do zrobienia tabule poniekąd zainspirowała mnie Marta Gessler, której piękne zdjęcia drobniutko pokrojonych składników opublikowano jakiś czas temu w Wysokich Obcasach: http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53667,9543952,Tabbouleh.html

Nieco inny przepis na tę samą potrawę podają z kolei Kręgliccy (o dziwo jest tutaj papryka!):

No a ja jadam tabule najczęściej w jakiś barach i knajpkach tureckich w Berlinie (stąd je też w ogóle znam) i ostatecznie zrobiłam tak:

PRZEPIS NA TABULE / TABBOULLEH:
Wychodzi spora miska - porcja na 6-8 osób

zielona pietruszka (3 pęczki)
3 duże pomidory
ogórek
młoda cebulka ze szczypiorkiem (pęczek)
1 cytryna
świeża mięta (pęczek)
kus-kus (w oryginale bulgur, ale w Polsce trudno go dostać; 
nie za dużo - to nie ma być podstawowy składnik a jeden z dodatków do pietruszki)
sól i pieprz
oliwa z oliwek

Wyszystko trzeba drobniutko, jak najdrobniej pokroić. Ma się idealnie ze sobą łączyć, w formie niemal pasty - no i nikt nie chce musieć żuć tej pietruszki. Podobno w Libanie przydatność kobiety na żonę ocenia sie według tego czy potrafi pokroić pietruszkę na tabule tak drobno, by miała konsystencję pyłu. Mi się to raczej nie udało - a i tak było mocno pracochłonne.


Na szczęście nie jesteśmy w Libanie (choć pod względami kuchenno-smakowymi, to czasem był wolała). W Poznaniu moje tabule nie cieszyło się specjalnym powodzeniem. Fakt, że na ogrodowym stole wiele było innego, pysznego jedzenia w ogromnych ilościach i nic nie zostało do końca zjedzone. Ale myślę sobie, że jednak ta mięta i cytryna w sałatce z pietruszki... - na polskim stole! Polacy chyba nie przywykli jeszcze (bo i nie mieli jak i kiedy) do osobliwych smaków kuchni arabskiej. A wiadomo, że najbardziej lubimy to, co już znamy.

środa, 1 czerwca 2011

Zupa cebulowa z grzanką + sałata z sosem vinegrette



Francuzi to jednak wymyślili.
tak prosto, a jak wspaniale.
brak słów.


PS. Przepis na francuską zupę cebulową z grzanką ( i sałatę z sosem vinegrette)

* pokroić b.drobno cebule (pól kilo - kilo, zależy ile ma być zupy)
* podsmażyć ją na maśle (osoloną, żeby się nie przypaliła), aż się zarumieni
* zalać bulionem warzywnym (może być z kostki) i gotować razem z liściem laurowym i zielem angielskim. i jeszcze najlepiej odrobiną białego wina.
* całość zmiksować blenderem, powinna być naprawdę gęsta!
* kromkę ciemnego chleba, upieczonego przez mamę poprzedniego dnia, włożyć na chwilę do rozgrzanego piekarnika, razem z kawałekiem francuskiego sera pleśniowego, który kupiło się jakiś czas wcześniej na lotnisku w Paryżu i który już coś za mocno zaczynał pachnieć w naszej lodówce
* nalać zupę do miseczki i położyć grzankę na wierzch.

Do tego:
* obrać i umyć sałatę i rukolę
* zmieszać w szklance na jedną masę: oliwę z oliwek, ocet winny (koniecznie winny, może być balsamiczny), szczyptę soli i cukru, nieco niezbyt ostrej musztardy.
* Polać sałatę i wymieszać.

Ta-da, a raczej: voila!

poniedziałek, 30 maja 2011

12 par oczu patrzy na mnie


To jest wyzwanie dla prawie-wegetarianki. Co innego jednak jeść ryby, które ktoś kiedyś czasem położy mi na talerzu, a co innego je własnoręcznie oporządzić, trzymać obślizgłe we własnych rękach i wyjmować wnętrzności. Na szczęście w tym ostatnim pomogła mi mama - sama na pewno nie dałabym rady.

I tak wystarczająco ciężki był dla mnie zakup. 12 pstrągów! Świeżych w dodatku, niemal żywych. Chlup-chlup-chlup: jeden po drugim lądował w plastikowej reklamówce prosto z lady wyłożonej lodem na dziale rybnym hipermarketu. Mała grubiutka pani sprzedawczyni musiała wejść na stołek by móc je sięgnąć; podnosiła do góry kolejne oczekując aż zaakceptuję wielkość, a one miały wciąż krew na skrzelach. A potem wszystkie 12 wylądowały w reklamówce, ściśnięte jeden obok drugiego, głowy wszystkich skierowane w jedną stronę - moją. 24 rybie oczy.  

piątek, 13 maja 2011

Piszę doktorat


Poszłam do sklepu po lody czekoladowe od Grycana.
Wróciłam ze sklepu.
Bilans: pół litra lodów czekoladowych i pół litra chałowywych, opakowanie ciastek, tabliczka czekolady, gumy do żucia, serek do chleba, sok warzywny.

Wszystko zaczęło się od tego, że lody czekoladowe były tylko Carte d’or, za to Grycan miał kilka fajnie zapowiadających się smaków, między innymi te chałwowe - kompletnie nie mogłam się zdecydować i w końcu stwierdziłam, że wcale nie muszę. 
Ciastka kupiłam polskie i niby z mąki pełnoziarnistej, ale to ściema dla takich jak ja, co udają przed sobą, że wcale nie jedzą dużo słodyczy (z dodatkiem mąki pełnoziarnistej - widać gdy się wczyta w opakowanie). 
Długo zastanawiałam się też nad gumami rozpuszczalnymi, żeby żuć i cyckać coś w buzi bez przerwy jak siedze przed komputerem nie używając do tego rąk, ale się powstrzymałam i stanęło na orbit. 
Serek do chleba i sok warzywny kupiłam chyba tylko dla zachowania pozorów,że skoro już tak (a nie tylko te planowane lody), to chodzi o normalne zakupy, a nie obżarstwo na tle nerwowym, bo piszę doktorat.
A prawda jest taka, że właśnie, no tak - piszę doktorat.