TO NIE JEST TYPOWY BLOG Z PRZEPISAMI, BO SPECJALNIE NIE UMIEM GOTOWAĆ.
TO
NIE JEST TEŻ BLOG Z REGULARNYMI RECENZJAMI KULINARNYMI.
TO
JEST BLOG O TYM, ŻE JEM.

poniedziałek, 13 grudnia 2010

etiopsko

Byliśmy ostatnio w etiopskiej knajpie "Langano" niedaleko Kottbuser Damm. Knajpa miła, pełna Afrykańskich par i rodzin. Pierwszy raz jadłam po etiopsku, zamówilismy wiec jakis ichni standard (w wersji wege).

Je się paluchami. To fajne. Odrywa się kawałki ogromnego placko-naleśnika, na którym leżą poszczególne składniki, nabiera je i wkłada do ust. To też fajne. Ale smaki tego, co się na nim znajduje już jakieś dziwne. Inne. Nie trafione. Każdy z nich uderzał jakby tuż obok moich kubków smakowych. Jak z hinduską muzyka, która operuje na ćwierćtonach, wypadających gdzieś pomiędzy naszymi tonami i półtonami - tak samo gdzieś pomiędzy w mojej osobistej skali trafiały te trudne do nazwania smaki. Buraki o smaku zbyt kwaśnym jak na buraki. Szpinak za gorzki jak na szpinak. Placek zbyt miękki i jajeczny jak na placek. Jakoś nie.



Najlepsze było z tego wszystkiego moim zdaniem piwo bananowe o uroczej nazwie „dju dju”.: gęste i słodkie, z ogromną ilością bananowej piany. W dodatku, chyba troche dla egzotycznego picu, podawane w miseczkach z wydrążonego kokosa czy innego orzecha. Wypiłam dwa.

wtorek, 2 listopada 2010

wyjątkowo niedobry omlet

Jadłam ostatnio wyjątkowo niedobry omlet. Taki omlet to naprawdę może człowiekowi popsuć humor. Mi na szczęście nie popsuł, bo miałam akurat wyjątkowo udany dzień, w dodatku zakupiłam właśnie książkę, na którą się nie mogłam już od dawna doczekać, więc siedziałam sobie tak w oczekiwaniu na jedzenie przerzucając jej pierwsze strony i humoru nie zepsuło mi nawet, że czekałam 35minut podczas gdy lokal był pusty. A szkoda w ogóle tym większa, że to miejsce, które poza tym lubię - tuż naprzeciw biblioteki uniwersyteckiej, z pomysłem na tożsamość marketingową, owsianką od rana i niedrogimi kanapkami o zabawnych nazwach (http://www.canappka.pl/)

O omlecie, który tam tym razem dostała w zasadzie szkoda gadać. Miał być z serem i brokułami, no i był  - z kosteczkami żółtego sera, które nawet się nie roztopiły (!) i kawałkami mdłych rozgotowanych brokułów - całość wetknięta w środek, jak w naleśnik, i bez smaku kompletnie, nawet nie posolone. Żałość, po prostu żałość! Ledwie byłam w stanie to przełknąć, bo jakby tej biedy na moim talerzu było mało to do omleta grał mi Robert Gawliński swoją "Baśkę". Wył tak okrutnie, fałszował tak strasznie, że zaczęłam się zastanawiać czy to możliwe, że nigdy wczesniej nie zauważyłam, że nie tylko ta piosenka jest beznadziejna, nie tylko, że człowiek nie ma kompletnie głosu, ale też słuchu nie mają Ci, którzy rzecz nagrali i wyprodukowali w tysiącach egzemplarzy. Na szczęście okazało się, że z producentami muzyki w Polsce nie jest tak żle, jak z moim omletem - piosenka okazała się być wersją koncertową, na której za wycie Gawlińskiego nie mógł być odpowiedzialny nikt inny niż on sam. Kto jednak był odpowiedzialny za mój koszmarny omlet, którego musiałam potem odchorowywać zwiększoną dawką czytanki o rzeźbie w marmurze???

Nie chciałabym Was, drodzy czytelnicy, katować - ale posłuchajcie tego choć przez pierwszą minutę (dłużej się nie da) i wyobraźcie sobie jak człowiekowi musi być źle jeśli do tego jeszcze je niedobry omlet.



A ponieważ temat dzisiaj jest przykry ze wszechmiar, dodaję do tego w gratisie doskonały film z doskonałą Julią Child robiącą omlet doskonały:

(uwielbiam nonszalancję, z jaką Julia wyrzuca niepotrzebną patelnię w 2 minucie!)

czwartek, 7 października 2010

ziemniaki cebula kapusta (pean na cześć)

Jadłam dzisiaj obiad nigdzie indziej, a w barze "Euruś" przy Głogowskiej. Nazwałabym go "barem mleczym", ale - jak się okazuje - nie ma nic takiego w nazwie. Jest po prostu "bar", choć na ciśnące się na usta określenie "mleczny" wskazuje zarówno specyficzne dla tego typu lokali wystrój z menu wywieszonym na ścianie i ofertą jakiegoś obowiązkowego taniego "zestawu studenckiego" jak i - równie specyficzne - pracujące tam panie z farbowanymi trwałymi w białych gastronomicznych kitelkach (uszytych z jakiejś podłej prześwitującej podszewki), które najpierw kasują a potem "wydają" obiady z obowiązkowym "cośtam-cośtam proszę odebrać!", które rozlega się po całej sali tak, że aż trudno uwierzyć, że nie robią tego z innego powodu niż by dodać teatralności całemu temu spektaklowi odbywającemu się dookoła "schabowego", "ruskich" oraz "naleśników z truskawką".


Poszłam do baru "Euruś" (swoją drogą - czy to nie urocza nazwa?) - nie ukrywam - bo miałam po drodze, i chciałam zjeść tanio. A skoro już tam dotarłam - to poszłam na całego: zamówiłam "kopytka z tłuszczem i gotowaną kapustą". UWIELBIAM określenie "z tłuszczem" - jest takie bezpośrednie i znaczące. Bo to nie masło rozpływające się na twoich ziemniakach (czy jakichkolwiek innych ciepłych węglowodanach) o nie! Opcja "z masłem" figuruje na wiszącym na ścianie menu w innym miejscu, a podana obok liczba PLN też znacznie różni się od tej pierwszej. "Z tłuszczem" nie oznacza też "ze skwarkami" albo "z boczkiem" - te opcje to znowu co innego, bo choćby boczku miałby w nich być jeden niewielki kawałeczek, to nazwa wskazuje, iż na kopytkach, ziemniakach czy kluskach rozlewa się jakiś tłuszcz zwierzęcy (w środowisku baromlecznym oznacza to to samo, co "lepszy"). "Z tłuszczem" oznacza dokładnie to, co oznacza - że rzecz jest tłusta. A jej nieszlachetne pochodzenie z jakiejś "Palmy do smażenia", albo (jak dobrze pójdzie) oleju rzepakowego, jest tyleż ukrywane co nieistotne. Równie nieistotna w baromlecznej nomenklaturze jest obecność cebulki w tymże tłuszczu, co jednak dla polskiego wegetarianina, który tęskni czasem (choć głośno nigdy ale to nigdy się nie przyzna) za słonym, tłustym i chrupiącym boczkiem na swoich kluskach - jest rzeczą kluczową. To właśnie dla tej cebulki w moim "tłuszczu" zamówiłam dzisiaj kopytka. Do tego, tak na wszelki wypadek, żeby nie zapchać się samym tylko węglowodanem, domówiłam jeszcze jednego kotlecika sojowego ("jednego? pół porcji? bez sosu? na tym samym talerzu?")

Jak się okazało - wykazałam się daleko idącą ignorancją. Bo co były za kopytka! Oh jak mi było dobrze! Nie za twarde, nie za miękkie, czyli miło się gryzące, a do tego z absolutnie idealną równowagą pomiędzy ziemniakami a twarogiem. No i gotowana kapusta kiszona do tego - nie za pieprzna, nie za kwaśna, też w sam raz. Nie wiem czy to ta nadchodząca zima tysiąclecia (już zresztą druga w naszym trwającym jak na razie 10 lat tysiącleciu), ale jedząc to miałam wrażenie, że niczego nie potrzeba człowiekowi do szczęścia więcej niż ziemniaków, cebuli i kapusty. Co tam hummusy! Co tam halloumi! To wszystko dobre tylko na turecki upał albo cypryjskie plaże! A u nas - do kożucha i do wódki, na nieprzejezdne drogi i pluchę i słotę -tylko i wyłącznie twaróg, ziemniak, gorąca kapusta. Bo ile różnych rzeczy może z tego powstać! Kopytka, kluski, zapiekanki, bigosy, "rozcieroki"... hmy, czego dusza zapragnie!

A to wszystko koniecznie, bezapelacyjnie i zawsze - "z tłuszczem".

poniedziałek, 27 września 2010

Kanapki z saletrą, czyli Berlin-Warszawa Express


- Ale no Pani, no jak tak można, jaka zawistna musiała być taka kobieta, a jaka podła!
- Ale gdzie sumienie, gdzie sumienie człowieka. Tak swojego własnego męża, on się pewnie nie spodziewał, zaufanie miał.
- No mówię Pani, jakie to rzeczy kładą do tych wędlin w tej Polsce, jak ona saletrą spożywczą, taką samą przecież, mu kanapki z szynką do pracy posypywała!
- A on się nie zorientował wcale? to smaku nie poczuł?
- No się nie zorientował, bo to smak to przecież taki sam ma. Coś tak koledzy z pracy potem mówili - bo się ona potem na rozprawie przyznała i do więzienia na dożywocie poszła - że on nudności po tych kanapkach miał. Tak mu po troszeczku dosypywała.
- No ale to odszkodowanie to dostała.
- No dostała, Pani, sześćset tysięcy złotych, bo on górnikiem był! No i te długi swoje wszystkie to spłaciła, co wcześniej narobiła. A syn też nic nie pomógł, nie powiedział.
- No widzi to Pani, jakie to ludzie po tym świecie chodzą.

sobota, 25 września 2010

poznańskie plyndze, ale w stolicy


Placek ziemniaczany
sos kaparowy na śmietanie
łosoś wędzony
rukola

zestaw nie-oczywisty
ale jak celowy!

tylko na pierwszy rzut oka się nie rymuje

Jadłam
z proszącą o odnotowanie jej obecności towarzyszką
pomysłodawczynią 

Toteż odnotowuję