TO NIE JEST TYPOWY BLOG Z PRZEPISAMI, BO SPECJALNIE NIE UMIEM GOTOWAĆ.
TO
NIE JEST TEŻ BLOG Z REGULARNYMI RECENZJAMI KULINARNYMI.
TO
JEST BLOG O TYM, ŻE JEM.

piątek, 29 listopada 2013

Na ulicy w Pradze


Na ulicy w Pradze - ziemniak na patyku.
Dziw nad dziwy.
Czips taki jeden długi.  
Kartofel spiralnie skręcony i na patyk nadziany.
Usmażony.
Posolony.
Zjedzony. 

sobota, 24 sierpnia 2013

jego wysokość burak

Oszalałam na punkcie buraka.

(tak się mówi w Poznaniu: nie buraków tylko buraka, nie "po ile truskawki" tylko "po ile truskawka" i nie naleśniki z brzoskwiniami tylko z naleśniki brzoskwinią proszę odebrać!)
Także oszalałam na punkcie buraka, jednego i jedynego, króla wszystkich warzyw bulwiastych. 
I w tej mojej fascynacji nie mogę zrozumieć jak to w ogóle możliwe, że w Polskiej kuchni jego wysokość burak jest co najwyżej rozmienionymi na drobne buraczkami. 
(Buraczki. Co za słowo w ogóle, aż się człowiek wzdryga.) 
Chrzan owszem, zacny kompan. Ale wygotować w ukropie do nieprzytomności, a potem zetrzeć na maź, tylko po to, żeby chlapnąć nią gdzieś obok, w cieniu, kotleta. Nie nie nie. A fe. Bardzo źle.

Buraczki po polsku. (Na greenpoincie z dostawą do domu)
Burakowi należą się ukłony. Należą mu się pochwały i zaszczyty.

I to nie tylko pochwały wujka na weselu, któremu wciągnięty pomiędzy jedną a drugą wódką barszczyk pozwala odwlec w czasie kaca. I nie pochwały marznącej w grudniu chudej ciotki pochłaniającej z dziecięcą wdzięcznością bogaty w ziemniaki i fasolę barszcz ukraiński. Należą mu się pochwały największych szefów kuchni.

Na szczęście wie już o tym doskonale nowojorski świat kulinarny. A razem z nim teraz wiem także i ja, Madzia. 

Wiem również - albo przynajmniej wydaje mi się, że wiem, bo wiele na to wskazuje - że istnieje na buraczaną doskonałość wzór. Istnieniu tego wzoru przeczy co prawda jedna bardzo wykwintna kolacja w mieszczącej się przy 55tej ulicy skandynawskiej restauracji rybnej aquavit. Restauracja ów ma jedną gwiazdkę michelin, która to gwiazdka jednakowoż nie pomogła mi przestać kojarzyć jej nazwy głównie z kompleksem basenów w Poznaniu i jakoś nie potrafię myśleć o niej kompletnie poważnie. Tam właśnie, w owym Aquavicie, podano mi buraka, hm, wędzonego. Albo właściwie: owędzonego. Burak, pokrojony na nieduże kostki, i nie do rozpoznania, bo kompletnie czarny, był z każdej strony konkretnie owęglony = pokryty cienką warstwą suchego i smakującego węglem prochu. Nie potrafię tego inaczej opisać, ponieważ  kompletnie nie zrozumiałam co się tam na tym talerzu wydarzyło. Być może był kolejny etap buraczanego wtajemniczenia. Niemniej jednak, nulla regula sine exceptione, a na moim poziomie buraczanej fizyki, wzór na doskonałość buraka ten wygląda tak: 

BURAK + SER + ZIELONE

Przykłady mam trzy: 

1. W pewnej poznańskiej restauracji, którą zdarzyło mi się kiedyś w życiu prowadzić, podawaliśmy carpaccio z buraków. Carpaccio = coś pokrojonego bardzo cienko, i choć większości ludności kojarzy się z plastrami wołowiny (a bardzo niewielkiej mniejszości z włoskim malarzem renesansowym Vittore Carpaccio), to burak jest do tego celu doskonały. Cienkie plastry zamarynowanego wcześniej buraka podawaliśmy na liściach rukoli, przykryte cienkimi plastrami parmezazu, i polane gęstym sosem vinegrettte. Pycha. 

2. W innej wersji tegoż samego, to znaczy w innym kształcie buraka i innej nieco wariacji na temat sera i zioła, pokrojone w kostkę buraki miesza się z serem kozim i dodaje liście kolendry. Rzecz prostsza (jadłam domowej roboty, wykonane w celu piknikowym) a bardzo zacna. 


3. Wariacja najbardziej ą-ę, odkryta niedawno w restauracji M.WELLS w MoMA PS1. Burak marynowany, także lekko octowy (ale ocet słodki, w najlepszym stylu), pokrojony w połówki - wygląda bardziej dystyngowanie niż w kostkach - podanny na ricocie (ricottcie?) i ozdobiony liścmi rukwi (mało popularnej rośliny o angielskiej nazwie watercress). Całość polana olej truflowym. To danie zdecydowanie wyniosło buraka na światowe dwory. 


Do tego mogę jeszcze dorzucić dziwadło - lody burakowe.
Jadłam w miłej, lokalnej, brooklyńskiej w style, choć nie-miejskiej restauracji, położonej przy drodze nr 10, w miejscowości Bloomville w rejonie Catskills, i z racji numeru tej drogi nazywającej się "table on ten". W menu głównie makarony, robione na świeżo, ale, jak się okazało, więcej warte niż same walory smakowe była wyjątkowość tego miejsca w tej właśnie okolicy oraz jego entourage - i miłe wnętrza XIX-wiecznego drewnianego domu, i ogródek z długimi stołami i ławami. Tam właśnie na deser zaproponowano nam "ice cream sandwich", o smaku buraczanym (któremu ze względu na zapadający już zmrok nie udawało się zrobić dobrego zdjęcia). Było słodko, było osobliwie - gdyby mi nie powiedziano, nie wpadłabym, że to smak buraka - ale raczej więcej było dziwu niż zachwytu.   

Jednakowoż, zachwyt nad burakiem trwa. 

piątek, 19 lipca 2013

David Horvitz eating things

After hanging out relatively much with David in the past weeks, while at the same time working with him on a project relating to artists' breakfasts, I realized I have a slightly embarassing number of photos on my iPhone of him eating. 

There is David eating a donut in a car; David having an omlette in a restaurant; David over a bowl of bluberry pierogis that I made one hot and sunny Sunday morning; on top of David with a mushroom stuffed into his mouth - a hen of the woods he was just about to slice and fry with leek and eggs to serve with avocado for yet another meal together. And this is to name and show just a few.

So here it is, a small appendix to both the Artist Breakfast on post, and our friendship: 














piątek, 22 marca 2013

Chocolate pizza

A myślałam ze już mnie nic nie zaskoczy.
A tu proszę: chocolate pizza.





Na górze marshmalllow, czyli taka słodka pianka, która chyba nie ma nazwy w języku polskim ( bez straty dla języka polskiego), polana sosem z masła orzechowego, ulozona na warstwie czekolady. Całość na pizzowym spodzie, tylko, że na zimno.

Można dostać w Czekolaterii Max Brenner przy Union Square

Mało jadłam dziwniejszych rzeczy.

wtorek, 5 marca 2013

Kalendarz warzywno-owocowy czyli niekoniecznie udane zmagania z językiem

Dostałam w zeszłym tygodniu pocztą z Polski "najlepsze życzenia" z okazji Bożego Narodzenia oraz Nowego Roku.
Trochę późno, ale nic to.
Wraz z życzeniami przyszedł artystowski kalendarz na nie już tak nowy rok.


A w kalendarzu jak w życiu - niekoniecznie zakończone powodzeniem zmagania z jezykiem. Nazwy dni i miesięcy po angielsku, podobnie jak nazwy świąt wksazują na domniemanego amerykańskiego użytkownika - jest "Chanukah" i "Thanksgiving"; nie ma "Bożego Narodzenia", "Gwiazdki" czy chociażby "Merry Christmas". Na wewnętrznej stronie okładki umieszczono centymetr - całe czternaście - i już miałam pomyśleć, że to w USA jakby kulą w płot, kiedy odkryłam na odpowiadającej jej ostatniej stronie skalę z całymi 5,5 cala. Czyli jednak z pomyślunkiem. Schemat kalendarza podobny do Moleskine'a, tyle, że już częściowo zapełniony fotografiami (głównie polskich) widoków, rysunkami i niemal przypadkowymi (gdyby nie to, że wydrukowanymi) zapiskami. Takie artystowskie ingerencje. W ich ramach na co którejś stronie jest też lista owoców i warzyw - na każdy miesiąc. Po polsku i po angielsku, obok siebie, grzecznie. Pewnie chodzi o to kiedy rośnie. Ładny pomysł, rzucam okiem.


Kalendarz zaczyna się od stycznia, co jemy w styczniu? Brukselkę, buraki, cykorię, dynię, endywię, fenkuł, kapustę, marchewkę, natkę pietruszki (na oknie - tak na pocieszenie), pietruszkę, pora, roszponkę, seler i ziemniaki. = Słabo. Korzenie z piwnicy. Rozweselić nas mają gruszki i jabłka.

Przychodzi więc luty, co jemy w lutym? Brukselkę, buraki, cykorię, dynię, endywię, fenkuł, kapustę, marchewkę, natkę pietruszki (na oknie), pietruszkę, pora, roszponkę, seler i ziemniaki. Nie jest jakby lepiej. Gruszki i jabłka średnio pocieszają.

 Ale że już marzec, zaglądam do marca. Zaczyna być jasne, że - choć nazwy podane ładnie w obu językach - mowa jest o warzywach i owocach dostępnych w Polsce. Co zatem Polacy jedzą w marcu? Brukselkę, buraki, cykorię, dynię, endywię, fenkuł, kapustę, marchewkę, natkę pietruszki (na oknie), pietruszkę, pora, roszponkę, seler i ziemniaki. Uwaga uwaga - pierwsze zbiory rzodkiewki! Nikt nie może już patrzeć na szarlotkę.


Wczuwając się z rosnącym niepokojem w amerykańskiego czytelnika, przechodzę do kwietnia. Czy w Polsce w kwietniu już coś rośnie? Jest ponownie: cykoria, endywia, natka pietruszki (na nieśmiertelnym oknie), por, roszponka, rzodkiewka (którą wszyscy niemogący już patrzeć na ziemniaki i marchew żywią się od miesiąca), ziemniaki, pierwsze zbiory botwinki i rabarbaru. Owoce? GRUSZKI I JABŁKA!

Odczuwam niewysłowioną ulgę kiedy w maju zapchani ziemniakami Polacy dostają w końcu od matki ziemi "pierwsze zbiory sałaty, rukoli i szczawiu" oraz "pierwsze zbiory truskawek", biedaki.

Ale chwilę później uświadamiam sobie, że zaczęłam czytanie zimowego jadłospisu od stycznia.
Drżącymi dłońmi kartkuję do grudnia.
A w grudniu: brukselka, buraki, cykoria... gruszki i jabłka!
Chlip!




Nic dziwnego, że tyle ich w Chicago.




niedziela, 27 stycznia 2013

Russian Vodka Room czyli Back in town




Na talerzu śledź. W kieliszku nalewka chrzanowa. Całość w Russian Vodka Room na 52tej ulicy, bardzo manhatańsko-najntisowym miejscu, pełnym pracowników biurowych po pracy, ale z obowiązkowym Leninem na ścianie. Z panem grającym na pianinie takie szlagiery, że to musi być na żywo i kelnerką, która ze swoim akcentem i nastawieniem mogłaby być spokojnie następną dziewczyną Jamesa Bonda. (Naprawdę się jej bałam. Wszyscy się jej bali.)

Tego wieczora nauczyłam się dwóch rzeczy:

1. "Vodka infusion" - co brzmi mniej więcej jak "napar z wódki" - oznacza po angielsku po prostu nalewkę. Ale, co istotne, nalewkę wytrawną, bez cukru. (Może Ruscy tak mają?)

2. Robienie nalewki z chrzanu to jest bardzo zły pomysł. 

czwartek, 10 stycznia 2013

za mało piwa i za dużo sera, czyli Paryż

Dede la Frite, Paryż, noc. (Rzecz dzieje się po angielsku, bo bohaterka nie zna francuskiego)

- Hi, I would like some French beer.
(Barman wytrzeszcza oczy)
 - French beer? Are you kidding me? Did they not tell you the French do not make beer?
- Fine. Any beer will do.
(nalewa belgijskie)
- And also, some cheese please.
- What kind of cheese?
- Any cheese is fine.
(Barman jeszcze bardziej wytrzeszcza oczy)
- ANY cheese?! Did they not tell you the French make 300 kinds of cheese??? 

[Well, they kind of told me, but I can't help not to give a damn.]


wtorek, 25 grudnia 2012

Wigilia czyli żur postny galicyjski

Zrobiłam żur postny galicyjski z ziemniakami i barszcz, upiekłam makowiec i pasztet z selera, a do tego drugiego przyrządziłam też sos tatarski, ugotowałam fasolę jasiek. Bigos zrobiła Gosia, w wersji oryginalnej i wege, śledziami w oleju z orzechami i rodzynkami zajął się zawczasu Jacek, uszka z grzybami do barszczu z ulepiła babcia (która też równolegle zrobiła pasztet mięsny i gęś z pomarańczami na drugi dzień świąt), a karpia smażonego w tym roku kupiliśmy, bo dni na gotowanie były ledwie dwa, a palniki na kuchence tylko cztery.

„Po co nam właściwie dwie zupy?” - spytał ktoś, kiedy siadaliśmy do wigilii, na co - „No jak to?!” - babcia oburzyła się zza szczytu stołu, i oddychając głośno już znad talerza żuru oznajmiła nam, iż „W Andrychowie mieliśmy trzy zupy, robiliśmy jeszcze grochową”.

Nie jestem pewna, jak z całą resztą dań, ale żur postny galicyjski to zupa, którą moja rodzina je nieustannie co wigilię od kilkudziesięciu lat, robioną według tego samego przepisu mojej prababci z Andrychowa, zwanej - nie bez powodu - Babcią Grubą.

żur postny galicyjski z przepisu Babci Grubej

W wersji oryginalnej, z początku XX wieku - kisi się do niego chleb żytni, albo w ogóle mąkę.

W wersji o sto lat późniejszej, kiedy kobiety zamiast uczyć się piec chleb robią prawo jazdy, żeby móc wsiąść w auto i jechać po niego do supermarketu, można przy okazji z supermarketowej półki chwycić zakiszoną już mąkę w butelce. Oraz suszone grzyby, jeśli nie jest się w tej współczesnej awangardzie, która grzyby jesienią zbiera i potem własnoręcznie suszy.

A później grzyby, bardzo dużo grzybów, się zagotowuje aż zmiękną, dodaje do nich zakiszoną mąkę i wodę, i gotuje aż zupa osiągnie brązowy kolor i zawiesistą konsystencję. Podaje się z gotowanymi ziemniakami. Okrutnie to kwaśne. Okrutnie.

Kiedy swego czasu, dawno temu, prowadziłyśmy z moją mamą restaurację, ten żur był pierwszym w karcie i ulubionym daniem moich wszystkich okazjonalnie skacowanych znajomych. Kwaśne pomaga trawić alkohol, a ciepłe ziemniaki jak znalazł na opustoszały brzuszek. W sam raz na późne śniadanie w towarzystwie nieustającego łupania w głowie w poimprezową sobotę albo niedzielę. Babcia Gruba ponoć łajała mojego pradziadka Klemensa, kiedy wrócił za późno z knajpy na rogu głównego rynku, w której przesiadywał wieczorami. Dziadek był kierowcą Czeczowiczki, lokalnego właściciela fabryki tkanin, w której zatrudnione było co najmniej pół Andrychowa, i wraz z innymi fabrycznymi kierowcami pił tam co wieczór. („Kierowcy zawsze piją najwięcej” - babcia wzruszyła ramionami znad zupy. „To przecież wiadomo”.) Babcia Gruba doskonale wiedziała jak wygląda męski wieczór w andrychowskich restauracjach, bo w międzywojniu jej rodzice byli właścicielami jednej z trzech może knajp w tym mieście. Na której zresztą zbankrutowali, kiedy przyszedł kryzys (jak widać historia lubi się powtarzać), po czym umarli oboje na zapalenie płuc w czasie okupacji. Nie wiem czy prapradziadek Stanisław i praprababcia Maria podawali w swojej restauracji żur postny galicyjski, pamięć mojej babci sięga jedynie do jej własnego wigilijnego stołu z późnych lat 30-tych. Wiemy jednak z innych źródeł, że Babcia Gruba z zadziwieniem traktowała mojego dziadka Olka, najspokojniejszego człowieka na świecie, kiedy starał się o rękę mojej babci w 1955 roku, bo: „co to za chłop co nie pije!”. Tak więc mogę przypuszczać, że  - nawet jeśli nie był serwowany w rodzinnej restauracji - żur postny galicyjski przydawał się w domu moich pradziadków nie tylko na wigilię.


czwartek, 29 listopada 2012

jeść czyli karmić

Lubię to, że wszyscy ludzie muszą jeść. Tak jak muszą spać i kochać się. I najlepiej - tak samo jak ze spaniem i kochaniem - kiedy nie robi się tego w pojedynkę.


Po długich miesiącach, w początku tego roku, jedzenia w samotności przed komputerem, żywienia sie ociekajacymi tluszczem frytkami z majonezem, oraz ogórkami kiszonymi, z majonezem, albo już o czwartej nad ranem, kiedy rozdział nie skończony, adrenalina pulsuje na skroniach i zaczyna być wszystko jedno - już wyłącznie samym majonezem; po tym stresujacym i godnym zapomnienia okresie, przyszedł czas na świętowanie. Druga połowa roku obfituje w niezliczone lancze, obiady i kolacje; proszone przyjęcia, planowane wizyty w restauracjach i przypadkowe wypady na pizzę; koreańskie z Amerykanami, meksykańskie z Anglikami, sushi z Brazylijczykami i hamburgery z Polakami. A francuskie tylko z Francuzami. Jakie to miłe, ze istnieje taka wspólnota wszystkich ludzi dookoła tego, co dzis sobie zjemy, (i jakie mam niesamowite szczęście, ze żyję w tej części swiata, gdzie jest to pytanie jest wstępem do świętowania, a nie wyrazem troski o przetrwanie).

Ostatnio uświadomiłam sobie, że jestem swoją własną babcią, ponieważ miłość okazuję przez jedzenie i mam niekontrolowaną potrzebę karmienia każdego, na kim choć trochę mi zależy. I nie chodzi nawet o przysłowiowe zdobycie serc, ale raczej o dbałość o zapewnienie podstawowego poczucia komfortu [well-being] bliskim osobom: troskę o ich pełny brzuszek.

Ale karmiona być też lubię.

Ostatnio karmił mnie Stephen. Stephen jest Brytyjczykiem i oryginalnie Londyńczykiem, którego ojciec, jak się też okazało, pracował wiele lat jako kucharz w jakimś znanym paryskim hotelu, w związku z czym syn francuską kuchnię zna jak elementarz. Z mnóstwa przepysznych rzeczy które nam w miniony weekend zaserwował - dwie najbardziej godne odnotnowania:


Raz, na początek: Niby jedynie drobna przekąska - kanapeczki z pastą z wędzonego pstrąga. Ale ale! Po pierwsze na kruchych cienkich plastrach z bajgli (które czasem tu goszczą w sałatkach czy innych osobliwościach), i to w dodatku bajgli ciemnych, pumperniklowych. A po drugie, pstrąg nie tylko świeżo uwędzony na Brighton Beach, ale też zmieszany z serkiem twarogowym i chrzanem (!). A na szczycie odrobina musu jabłkowego (tak!). Pstrąg + chrzan + jabłko to standard znany skądinąd, ale wpadnij sam na taką konfigurację. Majstersztyk.

(fotka tylko niestety słaba)

Dwa, na koniec:  Deser z prażonymi jabłkami i gorącą "custard". Skonstruowana tu naprędce nazwa tego dania nie oddaje jakości, nijak. Custard chyba nie istnieje w polskim słowniku, a ja też znam ją (jego?) tylko z UK: coś pomiędzy budyniem a sosem waniliowym, co można dodać absolutnie do wszystkiego słodkiego, tym samym ulepszając. Czyli pod względem funkcji, to słodka siostra majonezu. Babeczki z kolei Stephen zrobił zalewając ułożone na dnie foremek, a podsmażone wcześniej z cynamonem, jabłka podstawowym ciastem biszkoptowym. Dlaczego to wszystko było takie miękkie, wilgotne i ciepłe naprawdę nie wiem. S. twierdził, że to para, która rozchodzi się w górę z musu jabłkowego, przechodzi przez ciasto i je wydelikaca. Ale odkładając na bok francuską wiedzę fizyczno-chemiczną: ciepłe, słodkie, miękkie, cieknie... Miłość w czystej formie.

A wracając do wątku wspólnego jedzenia, i ogólnego łączenia się w pary:
U Stephena w kuchni wisi chiński zestaw porad żywieniowych - tablica przywieziona z Chin, która mówi czego z czym w kuchni łączyć nie należy. Nie do końca wiadomo co mówią wypisane na niej słowa, ale przekaz jest jasny: pewnych par produktów nie wolno jest razem.  Nie należy łączyć ogórków z orzechami ziemnymi, ani pomidorów z krewetkami, czy też spożywać wieprzowiny z piwem. Wszystko z nie do końca jasnych, bo wyjaśnionych wyłącznie po chińsku, względów.


Oraz najważniejsze, i tak smutne, że aż śmieszne: nigdy, przenigdy nie jeść labradora z czosnkiem.

niedziela, 11 listopada 2012

zupa dyniowa czyli jesień w stanie Nowy Jork


Jest jesień, czas na dynię.


Zanim dotarł tu do nas huragan Sandy Nowojorczycy i Nowojorczanki w najlepsze jeździli "upstate New York", czyli za miasto na północ (co akurat jest w naszej sytuacji jedynym rozsądnym kierunkiem: na południe jest tylko ocean), żeby zbierać jabłka i dynie. To taki jesienny sposób spędzania wolnego czasu we wrześniu i październiku: na lokalnych farmach (czyli ujmując rzecz bardziej po polsku - miejscowych gospodarstwach) można za opłatą zrywać jabłka prosto z drzew i wybierać zebrane uprzednio i ułożone według wagi, ksztatłów i kolorów dynie, a w weekendy na tych farmach odbywają się festyny dla całych rodzin, z muzyką, żywymi zwierzętami, jazdą traktorem na sianie i, obowiązkowo, jedzeniem: pączkami jabłkowymi, ciastem dyniowym, pieczonymi nogami indyka (et cetera) i wszędobylskim cydrem (gorącym sokiem jabłkowym). Są też oczywiście frytki i pizza. 


Byłam na takim festynie w sobotę przed poniedziałkowym huraganem. Co prawda wszystkie jabłka, które przywiozłam do domu wybrałam z koszyka - w obawie przed Sandy właściciele gospodarstwa zerwali wszystkie pozostałe owoce - ale były i zwierzaki, i bluegrass na żywo (tak!), i siano i pączki jabłkowe posypane cukrem i cynamonem, i cydr i zupa dyniowo-jabłkowa (ciekawa!). I spacer wśród czerwieniących się jesiennych drzew - co prawda wobec przemykających obok samochodów, bo oczywiście w Stanach poza miastami zasadniczo nie na chodników, a wszyscy inni Nowojorczycy dojeżdzają na festyny autami; pociągi są w awangardzie. Ale nie bądźmy drobiazgowi. Było wszystko tak jak trzeba.

Zupa dyniowo-jabłkowa, cider i kręcone frytki.
Nie przywiozłam wtedy do domu dynii, bo trzeba by było nieść spory kawał wzdłuż tej drogi, ale z tej okazji właśnie zupę dyniową postanowiłam w końcu zrobić dziś. A było to tak:

PRZEPIS NA ZUPĘ DYNIOWĄ Z CHRZANEM


spory kawałek dyni (ja miałam zieloną)
duży ziemniak
duża marchew
duża cebula
kostka rosołowa (dwie)
chrzan (idealnie byłby korzeń)
masło
śmietana
goździki (kilka)
gałka muszkatołowa, cała
curry, w proszku
sól i pieprz




Nie udało mi się dostać świeżego chrzanu. To minus.  Tutaj najpopularniejsza jest zupa dyniowa z imibirem, i to generalnie jest dobry pomysł, ale zależało mi na tym chrzanie, pamiętając pyszną zupę jednej poznańskiej Agnieszki, którą jadłam u niej w Krzesinach kilka jesieni temu. Uratowała mnie chorwacka Podravka, której produkty, żeby było śmiesznie, w moim supermarkecie znajdują się na półce "Delicacies". (Jest na niej to wszystko, co u nas bynajmniej za delikatesy nie uchodzi, czyli obok mojego chrzanu stały kiszona kapusta, sardynki i herbata z jarzębiny). Rzuciłam więc jeszcze okiem na przepisy z internetu, i najciekawsze były te dwa:
Z chrzanem, orzechami włoskimi i dżemem morelowym
Z chrzanem i syropem klonowym (!!)

Obie zupy może następnym razem, tymczasem rzecz nieco prostsza:

1. Pokroić w kostkę dynię, ziemniaka i marchew i zagotować w garnku razem z bulionem oraz kilkoma goździkami.
2. Podsmażyć na maśle drobno pokrojoną cebulę, a kiedy się zarumieni, posypać curry i gałką muszkatołową. (Zawsze używam całej. Wystarczy ją trochę podrapać nożem, żeby się ukruszyła, a aromat jest zupełnie inny od tej w proszku). Posmażyć jeszcze trochę. Im więcej masła tym lepiej. Zawsze.

 (Przy czym całe krojenie, gotowanie i podsmażanie trwało nie dłużej niż "Tabula Rasa" Arvo Parta)
3.  Wrzucić cebulę do zupy, posolić, popieprzyć. Dodać dwie porządne łyżki chrzanu i wymieszać. (Gdyby chrzan był świeży, należałoby go drobno pokrojonego posmażyć z cebulą na masełku).

4. Do tej pory warzywa powinny być już ugotowane i miękkie. Zupę zmiksować i gotowe. Podawać ze śmietaną.

 

Jedna rzecz, którą pewnie mądrze zrobić, a ja nie zrobiłam: wyjąć z zupy goździki przed wrzuceniem do blendera. A także - UWAGA - podczas blendowania nie usuwać pokrywki. To oczywiste. Ale działa też w drugą stronę: po usunięciu pokrywki i odłożeniu jej do zlewu nie należy naciskać, choćby przypadkiem, guzików na blenderze, jeśli nie chce się zostać dyniowym potworem, który musi ścierać żółtą maź ze wszystkich okolicznych urządzeń kuchennych, dotychczas czystych naczyń, ściany, podłogi i własnych ciuchów wraz z lekko poparzonym biustem. (Tak właśnie, dziękuję i pozdrawiam. We wszystkich przepisach mówią zawsze, że nie należy blendować gorącej zupy, ale zawsze myślałam, że to ze względu na bezpieczeństwo blendera, a nie swoich własnych cycków).

No dobrze, a teraz festynowe fotostory:




 

poniedziałek, 5 listopada 2012

różowe czyli barszcz ukraiński, też

Przepis na dwie bardzo różowe rzeczy.

RZECZ PIERWSZA    
*gin *mrożone maliny, jagody, porzeczki, truskawki
*woda gazowana *limonka *mięta *cukier

  RZECZ DRUGA 
* buraki z botwinką *kapusta *ziemniaki *marchew, pietruszka, seler, etc
* kostka rosołowa *koncentrat barszczu *biała fasola *ocet *masło *sól, pieprz *śmietana


Składniki rzeczy pierwszej wrzucić do blendera i zmiksować, z lodem. 
Wygląda to tak:
         

Spożywając, zabrać się za zrobienie rzeczy drugiej, a z tym jest sporo roboty. 

1. Ugotować buraki. Pamiętać, żeby do wody dodać octu (albo soku z cytryny), 
bo inaczej stracą kolor i wyjdzie breja. Wygląda to tak:


2. Równocześnie, pokroić drobniutko botwinkę i podsmażyć ją na maśle. 
Wygląda to tak:

 
3. Do wody, w której się gotowało buraki, wrzucić pokrojone w kostkę ziemniaki, marchew, pietruszkę, selera. Można też dodać kostkę rosołową, dla smaku. Najlepiej by było dodać koncentratu barszczu, ale jak się mieszka w Nowym Jorku i się nie dostało nigdzie koncentratu barszczu, można być sprytnym i dodać wodę/sok z buraków krojonych w słoiku. Wygląda to tak:


4. Pokroić (albo zetrzeć na tarce, jak się ma tarkę) te ugotowane buraki, 
i dodać je do zupy. Razem z podsmażoną botwinką. Wygląda to tak: 


5. Pokroić drobno kapustę, najlepiej włoską, i dodać do zupy. 
Wygląda to tak:


6. Wrzucić do tej zupy też białą fasolę. Najlepiej z puszki (bo gdyby tą jeszcze trzeba było gotować, a wcześniej moczyć, to cała impreza zajęłaby tyle czasu, że nie starczyłoby ginu). Wygląda to tak:


7. Pogotować trochę całość. I można dodać masła, 
bo na tym etapie rzecz jest mało tłusta. Wygląda to tak:


8. Przed podaniem dodać kwaśnej śmietany. 
Pycha z ciemnym chlebem. Wygląda to tak:


 Najlepiej jeść na masakrycznego kaca następnego dnia. Wygląda to tak,
że lepiej nie pokazywać. 

* * * 

Odkrycie wieczoru: Można gotować i palić RÓWNOCZEŚNIE! 
Wygląda to tak: